Marian Kwaśnik – prawdziwa historia „metody wałbrzyskiej” i „bystrzyckiej”

Podążając śladami lokalnej historii wędkarstwa muchowego miałem przyjemność porozmawiać z Panem Marianem Kwaśnikiem – bliskim przyjacielem Zdzisława Marcinów oraz twórcą „metody bystrzyckiej”.

Marian, zarówno jak i Zdzichu są jednymi z prekursorów wędkarstwa muchowego w Kotlinie Kłodzkiej. Oprócz opisania muchowej historii naszego bohatera, miałem również na celu poznanie prawdy odnośnie tytułowych sposobów łowienia. Wszystko przez rozbieżności, które można spotkać w dostępnych artykułach i dyskusjach na forach internetowych. Każdy ze znalezionych przeze mnie wpisów zawiera ziarno prawdy, ale…

Wszelkie wątpliwości dotyczące genezy powstania wspomnianych metod jak się okazało, zostały rozwiane przez jednego z twórców.

Marian Kwaśnik. Innowator „metody bystrzyckiej”, wieloletni członek kadry narodowej, drużynowy mistrz Polski, zdobywca grand prix Polski.

Przygodę z muchówką Marian Kwaśnik zaczął za sprawą mojej babci. Pracował jako kierowca autobusu, a ona jako konduktorka. Któregoś razu podczas rozmowy na przerwie pomiędzy kursami wyszło na jaw, że dziadek łowi na muchę. Opowieść z tym związana tak zainteresowała Pana Mariana, że ten zapytał babci czy mogłaby go zapoznać z moim dziadkiem i czy byłaby możliwość wybrać się z nim na ryby, by zobaczyć jak właściwie wygląda ta mucha. Po rozmowie nie trzeba było długo czekać. Chłopaki pojechali wspólnie nad wodę do Długopola Górnego. Łowili na rzece Nysa Kłodzka, „jak wpada strumyk z Różanki, była taka dziura, w której lipieni było od groma. Tam na mokrą muchę ćwiczyliśmy te lipienie” (obecnie nie ma ani lipieni, ani dziury, ani wody w strumyku).

Lipienie na mokrą muchę? Dokładnie tak! Wszystko dlatego, że zarówno o suchej muszce jak i nimfie nie mieli jeszcze zielonego pojęcia.

Kwestia suchej muchy w ferworze rozmowy została przeze mnie nieświadomie pominięta. Natomiast pytając Pana Mariana o „wałbrzyską nimfę” zaczął mi opowiadać nieco inną historię niż tą, którą spodziewałem się usłyszeć. Zaczęło się oczywiście od zawodów i spotkania po zawodach. W trakcie łowienia chłopaki zobaczyli, że krakowianie łowią na inne przynęty. Oczywiście początkowo nie byli zbyt chętni by je pokazać chłopakom z Bystrzycy. Jednak jak to sporadycznie bywa po zawodach panowie zintegrowali się % i pierwsze nimfy dostali na wzór. Od tamtej pory zaczęły się kombinacje. A to chodzenie po rzece i odwracanie kamieni by podejrzeć kiełże i raczki, kręcenie wzorów jak najbardziej podobnych do wyżej wymienionych organizmów, a to szukanie nowych materiałów. Któregoś razu jadąc samochodem Zdzichu Marcinów znalazł łasiczkę leżącą kilka ciepłych dni na drodze. Zatykając nos oskórował ją i w oto taki sposób zdobył materiał, z którego powstała legendarna „wałbrzyska nimfa”, która sama w sobie kosiła pozostałą konkurencję. Do tego momentu nie byłem świadomy, że „metodą wałbrzyską” było nazywane łowienie konkretną muchą, a „metodą bystrzycką” łowienie opisane w dalszej części.

Marian wspominał : „Zdzichu uczył mnie kręcić muchy… w pokoiku za drzwiami miałem warsztat i jak drzwi się otwierały to mnie tam zamykały. Muchy lubiłem tak kręcić, że w każdej wolnej chwili siadałem i kręciłem”. Chodliwe wzory również były kręcone do sklepu wędkarskiego Pani Nadowskiej w Kłodzku. Ciekawą anegdotą z nim związaną jest wizyta w sklepie przez Pana Mariana i kupca z Milicza, który przejechał kawał drogi by kupić jak to powiedział „tylko i wyłącznie te kręcone przez Kwaśnika” (na początku kupiec był nieświadomy, że ten stoi obok). Skończyło się tym, że muchy Kwaśnika Miliczanin nabył, a gdy wyszedł ze sklepu zaczaił się za winklem i czekał na Mariana by zamówić u niego od razu kolejne 100 sztuk chodliwego wzoru.

Wracając kolejny raz do wątku dotyczącego „metody wałbrzyskiej”/ „bystrzyckiej” i precyzując sprawę odnośnie łowienia przy użyciu żyłki, a nie sznura znów nieco się zdziwiłem. Metoda ta nie została podpatrzona. Tak jak wcześniej wspominałem w dostępnych materiałach można spotkać różne informacje na ten temat. Marian ze względu na zarośnięte brzegi naszych wąskich rzek, czasami wyglądających jak strumyki z nałożoną liściastą czapką stwierdził, że poda przynętę na samej żyłce, by nie złapać niepotrzebnie zaczepu. Jako nimfy prowadzące zaczął zakładać najcięższe jakie miał, a na skoczki lekkie by dryfowały w toni. Innowacyjny sposób łowienia od razu zaczął przynosić bardzo dobry efekt.

Niestety większość wędkarzy w tamtych czasach (obecnie również często) nie mogła zrozumieć jak można łowić na muchę bez użycia sznura i negowała ten sposób. Był to między innymi Józef Jeleński, który w tamtych czasach był trenerem kadry narodowej. Pan Marian, by zaoszczędzić sobie zbędnego tłumaczenia i słuchania negatywnych komentarzy powiedział, że podpatrzył ją u Anglików. W taki sposób powstał pierwszy mit.

A, drugi mit o cienkim sznurze od Anglików?

Owszem. Coś takiego Marian dostał, ale był to bardziej podkład niż sznur muchowy. Któregoś razu przed zawodami trenował razem z Anglikami. On łowił a oni nie. Jak to sam skromnie mówił, bo miał założoną dobrą muchę „Czarną niczym domowa mucha plujka”. W pewnym momencie jednemu z Anglików dał swoją wędkę, wtedy już z zestawem żyłkowym. Jak powiedział: „Anglik dawał swoją wędkę za moją „szklankę”. Elegancką, piękną ze sznurem i kołowrotkiem. Na swoją wędkę nie mógł nic złowić ze względu na niewłaściwą muchę. Wtedy łowiłem na żyłkę. Jak mu dałem swoją wędkę, to zaczął łowić. Miałem tylko jedną taką muchę. Nie chciał mi oddać mojej wędki.

Początkowo metodę żyłkową również negował zarówno Zdzichu Marcinów jak i Henryk Woźniak (wałbrzyska Trójca). Jednak po jakimś czasie Zdzichu widząc bardzo dobre efekty Mariana również zaczął stosować to rozwiązanie. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Łącząc swoje wcześniej nabyte umiejętności muchowe z odpowiednim podaniem przynęty i jej poprowadzeniem, jadąc na zawody przez długi czas słyszeli: „O Wałbrzych przyjechał. Kwaśnik, Marcinów, Woźniak. To będziemy po d… dostawać”.

Wywiad z Panem Marianem trwała kilka dobrych godzin i pragnę mu w tym miejscu podziękować za ciepłe przyjęcie, poświęcony czas i miłą rozmowę pełną anegdot.

Na zakończenie podkreślę, iż zdaję sobie sprawę, że metoda żyłkowa posiada wielu zagorzałych przeciwników, którzy nieentuzjastycznie podejdą do opisanego wątku. Niemniej jednak by ocieplić ich nastawienie najlepszym podsumowaniem będą słowa mojego serdecznego przyjaciela Józefa Zająca:

“Niestety, trudno dziś doszukać się, czy to w naukowych opracowaniach, czy w prasie wędkarskiej, lub choćby w muszkarskiej gwarze, terminu „polska nimfa” lub „metoda bystrzycka”. Zapewne to efekt naszego, typowo polskiego, niedoceniania tego, co rodzime z jednej, a nadmiernej skłonności do hołdowanie wszystkiemu, co zagraniczne – z drugiej strony. Nie sposób też dociec kto był ojcem finezyjnej, żyłkowej, nimfy – Polacy czy Francuzi. Kto był wynalazcą, a kto tylko naśladowcą. Najprawdopodobniej obie te metody rozwinęły się niezależnie od siebie. I tylko żal, że dziś, zamiast działań na rzecz upamiętnienia polskiego wkładu w rozwój muszkarstwa sportowego spotykamy się ze strony FIPS – u z próbami ograniczenia, czy wręcz zakazania tej metody. Podobno – w imie dbałości o tradycję. Paradoksalnie – czynione jest to polskimi rękoma…”

Artykuł ukazał się w 54 numerze czasopisma Sztuka Łowienia, który jest dostępny na stronie.

Dodaj komentarz