Wspomnienie o Zdzisławie Marcinów

Zdzisław Marcinów, wybitny muszkarz, indywidualny mistrz Polski, drużynowy mistrz świata, fenomenalny mentor, kochający dziadek. Urodził się 30.03.1947 r. a zmarł 18.08.2008 r.. Pragnę zaznaczyć, iż jest to dla mnie ogromny zaszczyt ale również nie lada wyzwanie napisać parę słów, które byłyby w stanie oddać to co czuję myśląc i wspominając mojego dziadka. To co najmocniej zapadło mi w pamięci, są to chwile spędzone z dziadkiem w okresie mojego dzieciństwa. Niestety na początku lat  90-tych Zdzichu – bo tak go wołano, zaczął chorować na stwardnienie rozsiane i jego aktywne muszkarstwo dobiegło końca. Mimo przeciwności losu wędkarstwo muchowe do końca było jedną z ważniejszych części jego życia. Wszystko dzięki kręceniu much i licznym odwiedzinom kolegów muszkarzy.

Ponad dziesięć lat temu na potrzeby szkolne przeprowadziłem z dziadkiem wywiad na temat jego wędkarskiej przygody. Postaram się przywołać w moim artykule wątki i wypowiedzi bohatera mojego wywiadu, aby jak najrzetelniej oddać wizję świata jaka kreowała się w jego głowie. 

Pierwsze wędkarskie wyprawy Zdzichu odbył ze swoim dziadkiem Jakubem Decem nad rzekę Wisłok w okolicach Łańcuta. Sprzętem dysponował dość prymitywnym. Wędką był kawałek leszczynowego kija, przyponem włos z końskiego ogona a haczykiem szpilka. Od najmłodszych lat każde wakacje spędzał na Podkarpaciu w otoczeniu przyrody. Należy tutaj dodać, że moi pradziadkowie mieszkali w leśniczówce otoczonej dookoła dużymi dębami.  Dzięki temu w małym Zdzichu nie trudno było zaszczepić miłość do przyrody. W czasie wolnym oprócz wędkowania sporą część dnia spędzał również w pobliskich lasach.

Moje wędkarskie początki również mają swoje podłoże w tych regionach. Jako dziecko praktycznie co roku jeździłem z dziadkiem i babcią do wcześniej wspomnianego domu, w którym obecnie mieszka  brat Zdzicha-Marek.  Bardzo często razem z kuzynami i dziadkiem jeździliśmy nad rzekę Wisłok. W tamtym okresie miał on już spory problem z poruszaniem się i łowił w miejscu wcześniej przygotowanym przez rodzinę tak by można było podjechać do brzegu rzeki wózkiem inwalidzkim. W tym okresie dziadek łowił wyłącznie na żywca oraz gruntówkę lub spławik. Oprócz Wisłoka jeździliśmy również nad zbiornik w Żołyni oraz do wujka Wacka nad staw w Rakszawie. (Zdjęcia uzupełniające artykuł znajdują się na stronie).

Zdzichu w akcji

Sportową przygodę z wędkarstwem dziadek rozpoczął w roku 1975. Mieszkając w Kotlinie Kłodzkiej miał dookoła siebie sporo rzek, na których mógł ćwiczyć i próbować najdogodniejszych metod i przynęt muchowych. Przykładowo, to właśnie Zdzichu razem z kolegą Marianem Kwaśnikiem był pionierem metody żyłkowej z Kotliny Kłodzkiej. Ze względu na dość wąskie oraz pozarastane potoki, by ułatwić sobie możliwości odpowiedniego podawania i prowadzenia przynęt, zaczęli łowić rzucając ciężarem much a nie sznura. Oprócz tego dziadek eksperymentował z muchami. Jednymi z jego najskuteczniejszych wzorów były skóry oraz gąbki.

Spływ Dunajcem 1977 r. – I muchowe mistrzostwa Polski

Wszystkie sportowe osiągnięcia Zdzicha w wędkarstwie muchowych można by wymieniać długo. Do najważniejszych należy: Grand Prix Polski z 1981 r.; Tytuł indywidualnego mistrza Polski z 1984 r.; brązowy medal mistrzostw Polski z 1978 r. oraz 1990 r.; drużynowe mistrzostwo świata z 1985 r. w tym dziewiąte miejsce indywidualnie. Dodatkowo złoty w 1980 r. i brązowy medal mistrzostw Polski drużynowo w 1978 r. Członkiem kadry narodowej był od 1981 do 1987 r.

Zdzisław Marcinów na skraju lasu 07.08.2002r

Jak sam mówił: „w wędkarstwie pasjonował mnie przede wszystkim bezpośredni kontakt z przyrodą i naturą”. Patrząc z perspektywy czasu stosunkowo niedawno dotarło do mnie, jak ważne było dla niego obcowanie z naturą i jak bardzo chciał bym to zrozumiał i poszedł w jego ślady. Spędzając wakacje w domu zaadaptowanym z leśniczówki praktycznie każdego dnia pragnął by zawieźć go na skraj lasu. Przez długie godziny siedział i obserwował pobliskie drzewa, słuchał szumu wiatru i śpiewu ptaków. Dodatkowo często towarzyszyła mu dębowa deska, do której miał przykręcone imadło, a obok poukładane najpotrzebniejsze materiały. To właśnie na skraju tego lasu kręciliśmy moje pierwsze muchy słuchając opowieści znad wody.

Pamiętam jak dzisiaj gdy dziadek powiedział do mnie zdanie „facet bez pasji to nie facet”. Dodatkowo powtarzał, że jego największym dziedzictwem jest biblia – książka Józefa Jeleńskiego – Wędkarstwo muchowe.  Bardzo zależało mu, bym zapoznał się z tą pozycją zanim wybiorę się na pierwsze połowy.

Od tamtych chwil minęło sporo czasu. W międzyczasie moje życie było pełne zawirowań, zawsze zaganiany, zajęty próbowałem odnaleźć się w wielkim mieście – Wrocławiu. Od poniedziałku do piątku siedziałem w pracy, a w praktycznie każdy weekend chodziłem na studia. I tak aż do zimy 2016/2017. Zacząłem przeglądać materiały muchowe i natknąłem się na wcześniej wspomnianą książkę. Zagłębiłem się w jej treść, kupiłem wodery i buty. Cała reszta potoczyła się dość dynamicznie, mianowicie przy pomocy i uprzejmości dawnego kolegi dziadka Pana Romka Miszuka poznałem podstawy łowienia. Następnie udałem się na swoją pierwszą wyprawę nad Nysę Kłodzką, zaliczyłem pierwszą kąpiel na jednym z kamieni i co najważniejsze wyholowałem pierwszego pstrąga 39,5 cm.

Po tym dniu dotarło do mnie o czym z wielką pasją opowiadał mi dziadek. Jedyne czego mógłbym żałować to fakt, iż nie dostrzegałem tego wcześniej oraz brak sposobności by dziś móc łowić razem z nim.

Artykuł ukazał się w 49 numerze czasopisma Sztuka Łowienia, który jest dostępny na stronie.

Dodaj komentarz